Pływające ogrody zamiast statków
Stocznie są również symbolem wolności - fot. Picture AllianceMało kto w mieście potrafi sobie wyobrazić wodę bez stoczni. Ale tak chyba będzie.
Kiedyś Marcin przychodził tu tylko w weekendy, teraz przesiaduje na molo każdego ranka. Obok leży jego wędka i mała plastikowa torebka na złapane ryby, pusta jak zwykle. Po przeciwległej stronie basenu portowego na tle zaciągniętego ciemnymi chmurami nieba widać sylwetki stoczniowych dźwigów.
Czasem zachodzą tu moi koledzy - mówi Marcin. Jak starzy weterani rozmawiają wtedy o przeszłych czasach, kiedy to, jeszcze w systemie zmianowym, ciężko pracowali w stoczni. Wszyscy mają ponad 40 lat i są od kilku miesięcy bezrobotni. W chwilach, gdy Marcin nie wspomina przeszłości, złości się na rząd w Warszawie i urzędników w Brukseli. Ciągle robiono nadzieje pracownikom, opowiada, była mowa o bogatych inwestorach dla stoczni, a teraz wszyscy zostali z pustymi rękami.
Gotuje się w nim, gdy widzi, ile miliardów popłynęło podczas kryzysu do banków, a polskim stoczniom kurek z pieniędzmi przykręcono. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że Warszawa przez wiele lat płaciła zawrotne subwencje przedsiębiorstwom nad Bałtykiem. Komisja Europejska oceniła to jako typowy przykład naruszenia uczciwej konkurencji i nakazała prywatyzację stoczni. Teraz minęły już wszelkie terminy, a w Szczecinie żadnego inwestora na zrujnowaną stocznię nie widać.
Być może wkrótce na ulicy w Szczecinie znajdą się masy ludzi - mówi Witold Jabłoński. Jest Wicemarszałkiem Województwa Zachodniopomorskiego i podkreśla, że ma w tej sprawie związane ręce. Sprzedaż stoczni odbywała się wyłącznie przez właściwe ministerstwo w dalekiej Warszawie. Czasem także my dowiadujemy się dopiero z gazet, co właśnie nowego wydarzyło się w tej kwestii - żali się. Czy jeszcze kiedyś w Szczecinie będą budowane statki? Nie wiem - wyznaje Witold Jabłoński.
Szczecin bez stoczni? Prawie nikt w mieście nie potrafi sobie tego wyobrazić. Statki buduje się tutaj od ponad 100 lat. W księgarniach widać góry publikacji, które o tym przypominają. Ciężkie kryzysy powtarzały się zawsze, ale wszyscy je jakoś zawsze przetrzymywali. Z tego chyba powodu początkowo nie brano zbyt poważnie ostatnich wydarzeń. Konkurencja w Azji produkuje taniej, budowa statków w Polsce już od dawna jest nierentowna, jednak wszyscy się przyzwyczaili do tego, że politycy z Warszawy latami przekazywali milionowe kwoty. Dzięki temu kupili sobie przychylność potężnych związków zawodowych. Ale stocznie mają w Polsce w świadomości ludzi dużo głębsze znaczenie. Od początku lat 70-tych są symbolem, zarodkiem krwią wywalczonej wolności kraju. Oczywiście Witold Jabłoński zna wszystkie te historie, wie jednak również, że dni wielkiej Stoczni Szczecińskiej są policzone. Nie można sprzeciwiać się rzeczywistości - stwierdza, zdając sobie równocześnie sprawę, że formułuje przez to olbrzymie wyzwanie: stworzyć trzeba będzie nie tylko tysiące nowych miejsc pracy, ale również w aspekcie rozwoju od podstaw przeobrazić cały region.
Okres na konieczne przeobrażenia jest już określony: Floating Garden 2050 – tak nazywa się projekt, określający miejsce, w którym po jego zakończeniu znaleźć ma się to nowoczesne miasto, jakim jest Szczecin; gdzieś pomiędzy regionem wysokich technologii a obszarem turystycznych atrakcji. Niektóre z założeń pozostają dotychczas raczej zbiorem pomysłów niż konkretnym programem. Nowoczesne dzielnice, obszary wypoczynkowe w pobliżu wielkich miast i porty jachtowe mają powstać tam, gdzie dzisiaj jeszcze stoją stoczniowe dźwigi i hale montażowe.
O ile w samym Szczecinie panuje jeszcze stagnacja, leżące wokoło obszary w regionie zaskakują niezwykłą dynamiką. Wokół miasta, w całym województwie zachodniopomorskim powstają ciągle nowe specjalne strefy ekonomiczne, łącznie jest ich już 25. Przedsiębiorstwa, które tam powstają, w pierwszych latach działalności nie płacą podatku od osób prawnych i mają możliwość otrzymania zwrotu ok. połowy zainwestowanych nakładów. Jest to dopuszczalne przez Unię Europejską jeszcze do roku 2020. Działania promocyjne wskazują także na dobrze rozwiniętą infrastrukturę – i bliskość Niemiec. Do Berlina jest tylko 150 km.
Knut Krohn, „Stuttgarter Zeitung” (Niemcy), 23 listopada 2009 r.